Biografia Sary

Historia, ku przestrodze

Imiona, Nazwiska i Adresy Zostały celowo zmienione.

To szczególna przestroga dla ludzi, nad którymi znęcają się ich najbliżsi, obyś nie skończył/a jak ja.

Nazywam się Sareczka Sara (35). 

Tak więc Zaczynam…
Urodziłam się w 1983 roku, w około stutysięcznym mieście. Mieszkaliśmy przy ulicy Klonowej, na pierwszym piętrze, w lokalu o powierzchni 19 metrów kwadratowych.
Moja pamięć sięga 5 roku życia. Pokój dzieliłam z kuchnią

(kuchnia +- 9 metrów kwadratowych i na pół to 4 metry. Wydaje mi się że w więzieniu tyle przysługuje).

Odgradzał go pólko-tapczan.
Miałam ojca alkoholika i tyrana. Nigdy nie pracował i nie zajmował się mną. W Autobiografii będę nazywała go „ON”. Matka pracowita, niepijąca, lecz niestety nie potrafiła się przeciwstawić.
W domu nie miałam imienia. Chcąc czegoś ode mnie, mówił:

-Chuda
-Debilu
-Skurwysynu
-Nieuku
-Brudasie
etc.

On pił alkohol minimum raz w tygodniu. Gdy tylko koledzy rozchodzili się do domów, zaczynał swoją tyranię. Nie zdarzyło się chyba, żeby pił i nie pobił matki. Musiała uciekać nocami z domu. Czasem zdążała też przed pobiciem. Wracała dopiero następnego dnia. W ten czas On brał kocyk, rozkładał przed bramą naszej kamienicy i mówił:

„a teraz poczekamy sobie na mamusię”.

Niestety były to godziny późno-nocne. Po jakimś czasie nudziło mu się siedzenie i zabierał mnie do domu, wówczas mogłam iść spać.

   Po którejś z rzędu ucieczce mamy nocą z domu pozwolił mi się z nim położyć. Od zawsze bałam ciemności, więc ucieszyło mnie to niezmiernie. Tyle, że jak się okazało, nie ma w życiu nic za darmo. Powiedział, że mogę z nim spać, tylko jeśli będę go trzymała za penisa. Zgodziłam się, ponieważ nie chciałam być sama w nocy, z moja wyobraźnią. Jako pięcio lub sześcioletnie dziecko nie zdawałam sobie sprawy z tego, co robię i dlaczego ogarnęło mnie tak niemiłe uczucie. Potem miałam nim poruszać, na to już się nie zgodziłam, to powiedział:

-ok to tylko potrzymaj-.

Kiedy dziś o tym myślę, robi mi się niedobrze.

(ten oburzajacy text zaznaczylam tylko dlatego by go nie czytac ponownie poprawiajac co jakis czas autobiografie, wiecie jak to jest, cos sie przypomni itd. niestety czesto na niego sie nacinalam, od teraz na szczescie juz nie bede 16:54, 11/01/2018)

   Rodzice nierzadko chodzili do Dyskoteki. Wychodzili koło 22.00. Zawsze zostawiali mnie samą. Mówili, że wrócą za 5 minut, ale ja wiedziałam, że to nie prawda… i że będę cierpieć. Bałam się. Od najmłodszych lat pozwalano mi oglądać horrory, potem ten kretyn przychodził do mnie w nocy i łapał znienacka za stopę. Umierałam ze strachu. Wtedy przykrywałam się cała kołdrą i błagałam, żeby zasnąć, lub żeby nie zjadł mnie żaden potwór.
Gdy ON pił wódkę i zostawaliśmy sami, płakałam i błagałam, by nie bił mamy, pamiętam jak dziś… te obrazy przewijają mi się przed oczami, gdy o tym wspominam. Okładał ją pięściami, ciągnął za włosy, a nawet groził nożem. Nie wiedzieć czemu mój płacz na niego działał. Zdarzyło się, że pod wpływem alkoholu wyrzucał ją nago z mieszkania. Nie wyobrażam sobie tego, jak się mogła czuć…
W 1990 roku kopnął moją ciężarną matkę w brzuch, poroniła w 6 miesiącu, Brat zmarł po 2 tygodniach. Najpierw pękło mu jedno płuco, potem drugie. Do tego wszystkiego jeszcze księża nie chcieli go ochrzcić ani pochować na katolickim cmentarzu.

Siódmy rok życia.

Poszłam do pierwszej klasy, ach co to było za przeżycie… Cieszyłam się, że w końcu będę mogła spędzać więcej czasu poza domem.

Inne zdarzenie

On był pijany jak zwykle, wysłał mnie o pierwszej w nocy do swojej mamy po jajko (1km). Pierwszy raz w życiu byłam o tej porze w mieście, sama. Czułam lek a zarazem podziwiałam światła latarni. Niestety Mama dogoniła mnie w połowie drogi i zawróciła. Szczerze… żałowałam, że nie zdążyłam dojść do babci. Myślałam, że pójdę do niej i zostanę na noc, odpocznę trochę od „domowego ogniska”.

Ósmy rok życia.

Poszłyśmy z mamą na cmentarz, do mojego brata. Stanęłyśmy nad grobem, wtedy rozpłakałam się i stwierdzając rzekłam:
-Dobrze że mój brat nie żyje, przynajmniej nie musi przechodzić tego co my.
I popłakałyśmy się razem…

Dziewiąty rok życia.

Kuzynka została u mnie na noc, Gdy nasi rodzice pili piętro wyżej. Położyłam się z nią do łóżka w „dużym” (10m2 pokoju), ucieszyłam się, że leżę w ich łóżku, to było dla mnie coś niesamowitego. Kiedy ON wrócił do domu z mamą, udawałyśmy że śpimy. Podszedł do łóżka i kazał iść mojej kuzynce do domu, a ja dostałam z pięści w twarz, za to, że tam leżałam. Nigdy więcej już nie położyłam się do łóżka rodziców.

Mając prawie 12 lat

Przeprowadziliśmy się na ulicę Rybną. Szczęśliwa pomagałam nosić cegły, które były na mur przedzielający jeden pokój na dwa. Mieszkanie znajdowało się na parterze i Miało ponad 30 metrów kwadratowych. Nareszcie dostałam swój własny wymarzony pokój. Fakt, że bez okna i drzwi, ale własny. Wkrótce miało się okazać, że spędzę w nim większość swojego nastoletniego życia przez złe stopnie i uwagi. W zimie było jeszcze gorzej, bo musiałam wracać, kiedy zapalają się latarnie, sami wiecie o której to się dzieje… Przed 16stą. Niejednokrotnie patrzyłam przez szybę w kuchni jak inne dzieci się bawią i śmieją. Było mi strasznie przykro, że ja mam takiego „Ojca”, który mi wszystkiego zabraniał. Zazdrościłam moim koleżankom i kolegom.
Kiedy wychodziłam z mamą gdziekolwiek, nigdy nie pozwalałam chodzić jej po chodniku od strony ulicy. Mówiłam wtedy: Tobie nie wolno!! Tylko ja mogę… bo gdyby wjechało w nas auto, to ja ciebie odepchnę i przejedzie tylko mnie… To było silniejsze ode mnie. Zawsze się o nią bałam…
Był wieczór ON był pijany. Mama była w „dużym” pokoju. Przyszła do nas sąsiadka, Halina, cierpiała na schizofrenię paranoidalną. Była ubrana tylko w koszulę nocną i szlafrok. Usiadła w kuchni z szeroko rozwartymi nogami i Gołym okiem było widać, że nie ma na sobie majtek. Fuj. Ojciec zaczął całować ją po nogach, wtedy wyszłam z obrzydzeniem do pokoju. Powiedziałam mamie o wszystkim… a ona niewzruszenie odpowiedziała:
-Nie interesuje mnie to-
Teraz to rozumiem. Lepiej jak go przy niej nie było, bo to zawsze kończyło się pobiciem.

Trzynasty rok życia.

Ojciec zaczął jeździć do Rosji po wódkę, na sprzedaż. Raczej domyślacie się jak to się skończyło. 1/4 wypijał z kolegami. A potem oczywiście jego agresja wykierowana w moją matkę.
Innym razem po wypiciu alkoholu z kolegami, gdy poszli już do domu, postanowił sprawdzić, czy jestem dziewicą. Ja nie miałam nic do powiedzenia, co ON powiedział było święte, musiałam się podporządkować we wszystkim. Tak więc kazał mi usiąść się na ławie i rozłożyć nogi… włożył palce w moją pochwę i po paru minutach doszedł do wniosku, że jestem nadal nietknięta.

Czternasty rok życia.

Pewnego dnia Miałam wyrzucić śmieci, ale jak to młodzież, wyśliznęłam się z domu szybko do szkoły. Gdy wróciłam „on” wciągnął mnie do kuchni, przewrócił na podłogę, kopnął w głowę i uderzył pięścią w plecy. Na koniec dodał…-Teraz możesz iść wyrzucić śmieci. Kiedy potem opisałem to zdarzenie w moim zeszycie z myszką miki na okładce, Ojciec to przeczytał i dopisał:
-a powinienem zatłuc-.
Ojciec Często brał wtedy z sąsiadem Amfetaminę i grali w szachy, Jednego razu zapytał mnie:
-chcesz spróbować?-
odpowiedziałam:
-jasne, że tak.
Zawsze byłam skora do robienia głupot. To była moja pierwsza styczność z narkotykami. Prawie nic nie poczułam, poza tym, że nie chciało mi się spać. Wtedy akurat czytałam książkę „My dzieci z dworca ZOO“ Jak się kilka lat później okazało, moje życie daleko nie odbiegło od tej Książki.

Piętnasty rok życia.

Obudziłam niechcący moja siostrę (spadły mi książki), była jeszcze mała. Kazał mi ją uśpić, bujając wózkiem. Był jeden warunek, jeśli mi się nie uda w ciągu 5 min, to dostanę wpierdol – to jego słowa… Oczywiście nie udało się. Dostałam z pięści w twarz aż spadłam z krzesła. Dał mi drugą szansę, znowu to samo. Zwyzywał mnie i zagroził mi pistoletem, który trzymał w szafce. Powiedział:
-Zastrzelę cię, zakopię cię w piwnicy i nikt cię nie znajdzie.
Boże jak ja go nienawidzę…
Skończyłam szkołę podstawową z 8 ocenami miernymi. Ledwo wyszłam, błagając i płacząc, że jeśli zostanę siedzieć, to ojciec mnie zabije. Im byłam starsza, tym gorzej potrafiłam skupić się na nauce. Zmuszanie mnie do nauki, przez mojego ojca, przynosiło odwrotny skutek. Nic nie wchodziło mi do głowy. Z Biologii, czy z innych przedmiotów, musiałam ryć wszystko na pamięć inaczej się nie dało. Trwało to godzinami. Także o dworze i koleżankach mogłam tylko pomarzyć.
Po wakacjach
Po szkole Podstawowej poszłam do Szkoły Zawodowej i zahaczyłam się na praktyki u fryzjera. Lecz to nie było to. Nie miałam i nie mam drygu to tego zawodu. To był pomysł mojej mamy. Szefowa była jej koleżanką. Stwierdziłam ok i tak nie mam wyjścia więc spróbuję. Była tam taka dziewczyna, która od początku czuła do mnie obrzydzenie. Niestety, była też, o wiele większa ode mnie. Wyżywała się na mnie przy każdej okazji. Gdy tylko Szefowa wychodziła ona; to waliła mnie w głowę, pluła albo popychała, i nie szczędziła sobie wulgaryzmów. Nie potrafiłam się postawić, była zbyt silna. A skarżyć też nie byłam nauczona. Wytrzymałam pół roku. Raz, szefowa wysłała mnie po coś do skarbówki. Wpadłam na pomysł, że kupię sobie żyletkę po drodze i w skarbówce, w toalecie, podetnę sobie żyły, żeby mieć już spokój. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. W kiosku kupiłam najtańszą żyletkę. Poszłam do skarbówki, do toalety, i stanęłam przy zlewie przed lustrem. Spojrzałam w swoje odbicie i powiedziałam…
-już za chwilę skończą się twoje problemy.
Niestety, okazało się to trudniejsze niż sobie wyobrażałam. To było bardzo bolesne, a nacięcia, które zrobiłam na nadgarstku, wyglądały jak zadrapania od kota. Owinęłam sobie rękę papierem toaletowym i wyszłam. Byłam bardzo zawiedziona, że nie potrafiłam znieść chwili bólu, żeby uzyskać spokój. Wróciłam spowrotem do salonu fryzjerskiego. Gdy myłam głowę klientce, zauważyłam, że krew przedostała się przez sweter. W którymś momencie także szefowa zauważyła i kazała mi iść do lekarza. Wyszłam stamtąd z chęcią. I poszłam do mojej lekarki. Miałam do niej ogromne zaufanie. Powiedziałam jej co zrobiłam, ale nie dlaczego, choć pewnie się domyślała. Wpadła na pomysł, żebym sobie odpoczęła, zadzwoniła po karetkę, żeby mnie zabrali do szpitala z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego. Paredziesiąt minut później byłam już w szpitalu. Nareszcie trochę spokoju, pomyślałam. Lecz zaczęły przychodzić mi do głowy głupie pomysły. Żeby na przykład symulować, że jest mi słabo i mdleje. Robiłam to tylko po to, by wzbudzić zainteresowanie moją osobą. Chciałam czuć się ważniejsza niż inni. Pielęgniarki szybko doszły do tego że symuluję, więc zasugerowano mi rozmowę z psychologiem. Zgodziłam się, wtedy jeszcze nie wiedziałam kto to, i po co chce ze mną rozmawiać. Na początku nie chciałam nic mówić. Ale była dla mnie taka miła, że w końcu język mi się rozwiązał. Odpowiedziałam jej wszystko. Niestety na tamtejszą chwilę, nie mogła mi pomóc. Musiałam wrócić do domu. (od tego czasu zaczęłam symulować choroby, truć się i robić wszystko by trafić do szpitala lub domu dziecka).
Pewnego poranka, była ładna pogoda, raczej weekend. „on” Zawołał mnie do „dużego ” pokoju i powiedział:
-wstaw mi wodę na herbatę –
dużo pił poprzedniej nocy, ale tylko na kacu był dla mnie znośny więc odpowiedziałam…
-nie chce mi się-
-on: no wstaw
-ja: nie chce mi się
-on: nie to nie
Ucieszyłam się, że nie muszę nic dla niego robić.
Po jakiś 2 minutach wstał jak oszalały, W jego oczach było widać wściekłość. Takiego szału w stosunku do mnie, jeszcze nigdy u niego nie widziałam. Złapał mnie pod szyją za ubranie, przechylił i zaczął okładać pięścią po twarzy jakieś 5 razy. Wtedy z tyłu podbiegła do niego moja matka z nożem w ręku. Puścił mnie i z rozmachem uderzył ją tak mocno, że zrobił jej dziurę na wylot pod wargą. Kazał mi zadzwonić po pogotowie. Wtedy też dostałam mój pierwszy zastrzyk na uspokojenie. Byłam tak roztrzęsiona jakbym się miała za chwilę rozpaść. Myślałam, że ją zabił. Zabrano nas do szpitala. U mamy podejrzewano pęknięcie czaszki. Na szczęście obsunęła jej się tylko żyła w mózgu. To było jedno z najgorszych moich przeżyć.
Powoli miałam dość wszystkiego. Po raz Drugi Postanowiłam odebrać sobie życie. Nałykałam się tabletek, a Dokładniej Doxepin 25mg, 25 sztuk. Kto zna ten lek, to wie, że żarty się skończyły. Wyciągnęłam je po kryjomu z szafki kuchennej i poszłam do siebie do pokoju. Teraz to wiem, Ojciec o tym wiedział. Wycisnęłam wszystkie i zaczęłam połykać, wypowiadając te słowa:
-ta za mamę… ta za babcię… ta z dziadka… ta za ciocię,
i tak ze dwa razy wymieniłam najbliższą mi rodzinę. Nie myślałam wtedy. Gdy mama wróciła ze sklepu, ON powiedział jej o tym. Przyszła do mnie do pokoju i zapytała:
Sara! Gdzie są Tabletki?-
-jakie tabletki – odpowiedziałam, oczywiście wiedząc, o czym mówi.
-te z szafki, ty wiesz jakie-Drążyła dalej
-w brzuszku- odpowiedziałam żartobliwie
-jak w brzuszku?? –
-no normalnie-
Szybko zerwała się i zaczęła dzwonić po pogotowie. A ON powiedział tak: (nigdy tego nie zapomnę)…
-Jak się gnój nawpierdalał to niech teraz zdycha!
Gdybyśmy mieli czekać na pogotowie, to byłoby już po mnie. Mama zadzwoniła po taksówkę, i przez całą drogę klepała mnie po twarzy, i prosiła, żebym nie zasypiała. Ostatnie co pamiętam to napis, gdy mnie wieźli łóżkiem-Oddział Intensywnej Opieki Medycznej-. Potem straciłam wzrok i inne zmysły. (Przy innej próbie samobójczej dowiedziałam się, że Po Doxepinie reanimowano mnie 3 razy) Także miałam sporo „szczęścia w nieszczęściu…”
Po tak drastycznej próbie samobójczej trafiłam na oddział psychiatryczny, dziecięco młodzieżowy w Świeciu. Wtedy Ordynatorką była dr Biskupiak, a psychologiem Alicja Gzella. Spędziłam tam koło 2 miesiące. Mama i babcia przyjeżdżały do mnie regularnie raz, dwa razy w tygodniu. Przez 5 tygodni uczyłam się chodzić na nowo. Zaczęłam też coraz bardziej pokazywać swoje rogi. Doszło do tego, że codziennie musieli mnie wiązać w pasy. Bardzo chciałam zrobić sobie krzywdę. Uderzałam pięściami w ściany i meble. Lub rzucałam różnymi przedmiotami w tym naczyniami. Powiem wam, że człowiek w szale ma naprawdę bardzo dużo siły. Raz trzymało mnie 5 pielęgniarek i jeden pielęgniarz. Jednej naplułam w twarz a ta napluła na mnie i zapytała
-Fajnie ci?-
Po kilku tygodniach mojego wyżywania się na sobie i innych, Ordynatorka oświadczyła mi, że jeśli wytrzymam 10 dni bez wiązania mnie w pasy, to puści mnie do domu. Oczywiście wytrzymałam. A i ona dotrzymała słowa. Zamieszkałam u babci. U mamy mojej mamy. To była i jest najukochańsza kobieta na świecie.

16 rok życia

Trafiłam do Szpitala psychiatrycznego w Toruniu. Dalej wyżywałam się na sobie. Uderzałam pięściami w ściany, meble i szyby. Jednego dnia tak długo i mocno uderzałam głową w ścianę, że pielęgniarki zabrały mnie do zabiegowego. Jedna z nich myśląc, że przestanę kazała mi mocniej uderzać. I mocniej i jeszcze mocniej. Z wiekiem byłam coraz bardziej wytrzymała na ból i uderzałam mocniej, i mocniej. W końcu przybiegła inna pielęgniarka przytuliła mnie i powiedziała -już dobrze, nie rób, już dobrze…-. Tak niewiele było mi trzeba… Od następnego dnia, postanowiłam że przestanę jeść. Dalej chciałam na siebie zwracać uwagę. Nie jadłam 10 dni. Schudłam 10 kg. Za to karmili mnie kroplówkami. Lecz po tygodniu moje żyły były co raz słabsze i pękały, a i ja nie ułatwiałam im pracy, gdy pielęgniarka tylko wyszła z Sali, sama przebijałam żyłę. Nie dawały mi już wenflonów, tylko igle z wężykiem, dlatego przebić ja było dużo łatwiej, wystarczyło zgiąć rękę. Na koniec musiałam wypijać te kroplówki. Nie były zbyt smaczne. Inna moja koleżanka cierpiała na depresje dwubiegunowa. Raz była w niebo-wzięta, a raz stawiała sobie nogę od łóżka na gardle. Pomimo tego wszystkiego, tam czułam się akceptowana, i lubiana taka, jaka jestem, a przede wszystkim bezpieczna. Najgorsze było to, że gdy nie czułam żadnego zagrożenia, musiałam stwarzać je sama. Często chodziłam do łazienki z długą gruba skarpeta, schowana pod koszulką. Nakładałam ja na szyje, zaciskałam tak mocno, jak potrafię, i mdlałam. Chwile później budziłam się w drgawkach, wierzgając jak ryba świeżo wyciągnięta z wody. Po takim czymś czułam się o polowe lżejsza od problemów, chowałam skarpetę spowrotem pod koszulkę i wracałam do pokoju. Jedno z tych zdarzeń pamiętam najbardziej, ponieważ po zaciśnięciu skarpety na szyi, padłam jak długa na kafelki uderzając głową. Wtedy przybiegła pielęgniarka i rozwiązała mnie, powiedziała ze było to słychać na drugim końcu holu. Czułam ze tym razem bym się juz nie obudziła. Po pobycie w tym szpitalu trafiłam do domu dziecka.
Naprzeciwko Domu Dziecka mieszkał jeden młody Rumun, w rozwalającej się chacie. Czasem robiliśmy sobie schadzki z innymi wychowankami u niego. Za którymś razem ktoś wpadł na pomysł żebyśmy napalili w jego westfalce i narobili tyle dymu w pokoju ile się da. Graliśmy w to, kto wytrzyma najdłużej ten wygrywa. Ja odpadłam jako jedna z ostatnich, już naprawdę było ciężko, prawie nic nie było widać, nie wspominając o oddychaniu. Tak więc weszłam po schodach prowadzących na strych żeby odetchnąć. Za mną poszedł jeden chłopak (podobał mi się). Nagle zaczął się do mnie dobierać i obmacywać. Nie chciałam tego. Czułam się za młoda na przygodny sex. Spróbowałam wytężyć mozg i wymyślić coś żeby mu się wyrwać. Wiec Przyciągnęłam go mocno do siebie (staliśmy na skraju wysokich i stromych schodów) i z całej siły pchnęłam go wiedząc że polecę razem z nim. Udało się-Spadliśmy, wyzwał mnie potem od wariatek,ale Nie obchodziło mnie to, byłam dumna z siebie. Już nigdy więcej do mnie nie podszedł.
Będąc w bidulu, Specjalnie wywoływałam u siebie ataki paniki, lęk przed dotykiem i histerie. (Jak ktoś ma tak zryta głowę, jak ja wtedy, można to zrobić, trzeba się było tylko trochę wysilić). Chciałam, aby mnie zawieźli do szpitala psychiatrycznego, do mojej szpitalnej rodziny. Już od wtedy zaczęłam go traktować jak ucieczkę od codzienności, czułam się tam najbezpieczniej. W domu dziecka po wakacjach stało się tak, jakbym się zerwała z łańcucha. Tam zaczęłam wąchać rozpuszczalnik, pic alkohol, brać narkotyki i inne. Byłam opryskliwa dla wychowawców i nagle znowu miałam dość życia. Znowu chciałam ze sobą skończyć, czułam się niechciana. Przestało mi się tez tam podobać, wszyscy wrócili z domów i nie zbyt dobrze się z nimi dogadywałam. A do tego dostałam pokój z najgorsza dziewczyna w całym Domu dziecka. Była tam hersztem, tyle ze ja też lubiłam rządzić. Raz nawet poszłyśmy na noże. Ta właśnie dziewczyna kiedyś chciała dźgnąć innego chłopaka i wywieźli ja do psychiatryka. Nie było łatwo. 90% wychowanków było minimum raz w takim szpitalu… Pewnego dnia, zaczęłam wymuszać pieniądze od młodszych dzieci (oczywiście na dragi lub alkohol). Moje rządy szybko się skończyły. Poskarżyli się innym i dostałam porządne lanie. 2 chłopaków pod wpływem tej jednej dziewczyny zaczęło mnie bić pięściami i kopać. Wpadłam w dolek i powiedziałam, jak chcecie żeby mnie bolało to kopcie i bijcie mnie po głowie. Tak tez zrobili. wydawało mi się, ze mi się należy, zrozumiałam ze źle postąpiłam. Nigdy więcej juz tego nie zrobiłam.
Pierwsza ucieczka z Domu Dziecka, była super. Poszłam na stadion gdzie wiedziałam ze chłopaki wahają rozpuszczalnik. Czułam się bosko. Taka ważna i akceptowana.
Zdarzało się, ze w ciągu jednego roku, kilkukrotnie probowałam popełnić samobójstwo. Znowu wylądowałam w Psychiatryku w Toruniu, na oddziale dziecięco młodzieżowym. Lubiłam te pobyty, poznawałam nowych znajomych, także z mojego miasta. I tam też poznałam chłopaka z paczki, do której potem miałam się przyłączyć. Jedna dziewczyna oświadczyła nam, że ma dużo leków psychotropowych w domu, którymi moglibyśmy się otruć. Chcieliśmy zrobić to we troje, Ona, Kolega i ja. Wróciła z przepustki, z przemycona dostawa. Ustaliliśmy ze ja będę trzymała te leki. Oczywiście nie można było mi ufać pod tym względem. Poszliśmy Grac w butelkę. Wyszłam na chwile do toalety i połknęłam swoja porcje i jej. Kolega zdążył się upomnieć o swoja przed moim wyjściem. Chyba cos przeczuwał. Dali mi nawet przezwisko, dość śmieszne „Czaki“, pamiętacie od tej laleczki. Następnie on poszedł i wziął swoja dawkę. Szczerze… pamiętam tylko ze obudziłam się w szpitalu po kilku dniach. Przez wiele godzin nie mogłam się zorientować gdzie tak naprawdę jestem. Kolegę spotkałam 3 dni później. Gdy się zobaczyliśmy, zaczęliśmy się śmiać, i rozmawiać. Podobno nawet wyszliśmy na spacer po grze w butelkę i wtedy padłam…
W tym czasie… Moi rodzice byli juz po rozwodzie, ale to była fikcja, tylko po to, żeby mieć więcej pieniążków. Przestali razem sypiać a on znalazł sobie kobietę z małym synkiem, mniej więcej w wieku mojej siostry. To zabrzmi jak idiotyzm. Ale ten Debil mój ojciec przyprowadził ja do nas do domu-gdzie była mama, moja siostra i ja. I zamieszkała z nami, bo u niej w domu podobno mieszkało ponad 10 osób na 40m2. Także moja mama spala ze mną w pokoju (bez drzwi) a ON spal z nią w dużym pokoju. Ja do dziś nie rozumiem jak moja Matka mogla się na takie cos godzić i do tego zostać tam ze mną i malutka siostra. Przecież mogla iść do swojej matki, mojej babci, na pewno by nas przyjęli. Ja bym tak nie potrafiła. Ale ona go chyba nadal kochała, bo jak to inaczej nazwać poza wulgaryzmami. Ale ON tej młodej tez pokazał co potrafi po pijanemu. Młoda została z nim jeszcze kilka lat. Zarabiała na niego jako prostytutka. ON zawsze znajdował sobie takie głupie co będą na niego robić.

17 rok życia

Zostałam Skierowana ze szpitala psychiatrycznego do Monaru. Dla tych, co nie wiedza co to Monar:
Jest to ośrodek dla byłych narkomanów lub chcących skończyć z nałogiem.
Znienawidziłam to miejsce od pierwszego dnia. Codziennie to samo przeterminowane jedzenie. Nigdy tez nie byłam nauczona sprzątać, czy robić cokolwiek w domu, tam musiałam robić wszystko. Od mycia podłóg, naczyń po ćwiczenia fizyczne i długie kilkudziesięciokilometrowe spacery. Kompletna porażka. Monar ten znajdował się w Kamieniu Rymańskim. Byłam tam jakieś 7 dni, a powinnam minimum rok. Co wieczór cala społeczność spotykała się w wielkim salonie i każdy donosił na siebie i innych. Było tam zero prywatności. Nie wolno było tez przeklinać, chłopacy mieli za to 30 pompek, a dziewczyny 30 przysiadów. Dookoła były tylko wsie. Siódmego dnia lalo niemiłosiernie, ale moja chęć uwolnienia się od tych idiotów (tak wtedy myślałam) była o wiele silniejsza. Ubrałam 3 pary spodni, 2 bluzy, gruba kurtkę, szalik i czapkę… Wyszłam spokojnie, a potem zaczęłam biec jak szalona przeklinając na wszystkie możliwe sposoby. Az brakło mi tchu. W końcu dobiegłam do ulicy, ktoś jechał maluchem, udało mi się go zatrzymać, i zapytałam czy podwiezie mnie do najbliższego miasteczka. Udało się… Dotarłam. Stal tam jeden Tirowiec. Spytałam – gdzie jedzie i czy może mnie zabrać ze sobą, powiedział ze tak. Jechał do Gdyni. Gdy dojechaliśmy, chciał żebym z nim została na noc, (wiadomo w jakim celu). Nie zgodziłam się i zwiałam. Znalazłam Dworzec PKP. Chciałam gdzieś przenocować. Był tam taki pener. Zapytałam czy zna jakieś miejsce na nocleg. Odpowiedział że ma działkę niedaleko i ze u niego mogę przenocować. Ja głupia się zgodziłam. Poszliśmy. Zatęchnięta chata. No ale lepsze to niz dwór. Powiedział mi ze mam się położyć w jego łóżku i on położy się obok. Wtedy (trochę późno) włączyła mi się lampka awaryjna. Skapnęłam się ze jemu tez chodzi tylko o jedno. Pod pretekstem wysikania się, (nie miał toalety, trzeba było wyjść na zewnątrz), udało mi się od niego wyrwać. Przez jakiś kawałek mnie gonił, ale sobie odpuścił. Byłam zbyt szybka a on za stary.
Wrodziłam na PKP. Wsiadłam do pociągu, do Gdańska. Szczęście jednak nie trwało długo. Zatrzymała mnie policja pociągowa. Skontrolowali i wpadłam oczywiście. Zawieźli mnie na izbę dziecka w Gdańsku. Na drugi wieczór przyjechała po mnie mama. Strasznie się ucieszyłam, ona raczej nie bardzo. Wróciłyśmy razem do domu. Ojciec nie odezwał się ani słowem. Na drugi dzień zobaczył ze mam tatuaż na ramieniu. Kazał mi wstać, Złapał mnie pod szyja za rzeczy, i wziął rozmach pięścią. WTEDY PIERWSZY RAZ SIĘ MU Postawiam. Złapałam go w ten sam sposób i taki sam rozmach. Staliśmy tak naprzeciwko siebie około minute, póki nas mama nie rozdzieliła. Wtedy miałam ta sile, ze mogłabym się z nim bić. Nawet gdybym padła, miałabym satysfakcję że nie bez walki.
Ponownie
Szpital psychiatryczny Toruń. W trakcie pobytu, Pobiłam lekarkę za to ze nie chciała wypuścić mnie na spacer. Zostałam wypisana karnie bez możliwości powrotu.
Juz od roku trzymałam się z moja paczka. Należało do niej 3 chłopaków i łącznie ze mną 3 dziewczyny. Często spędzaliśmy wspólnie czas. Piliśmy na czarno kupiony, rozrobiony spirytus i paliliśmy marihuanę. A ze mieszkałam wtedy u Babci i Dziadka to miałam luz i spokój. Mogłam robić co chciałam, byle się nie dowiedzieli, ale nie dlatego ze się ich bałam, tylko dlatego żeby się nie martwili. Często tez miałam chwiejności nastrojów. Raz było normalnie, raz pięknie, a innym razem chciałam się zabić. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, przyjaźń mojej paczki zaczynała się na kołowaniu pieniędzy na alkohol i marihuanę, a kończyła się na konsumpcji. Prawie codzien piliśmy lub paliliśmy, ale jeden dzień różnił się od innych. Tak więc piliśmy sobie alkohol, jak zwykle potłukłam niechcący szklankę, wiec przeze mnie dostaliśmy plastikowe kubeczki od Kolegi mamy, była alkoholiczka, niezbyt obchodziło ja to, co robimy. Potem spaliliśmy jeszcze kilka lufek. Nagle ni stąd, ni z owąd, dostałam silne myśli samobójcze. Wybiegłam z domu ze 200 metrów do najbliższej głównej ulicy. Jak na złość nic nie jechało. Wiec przeszłam na druga stronę. Byłam jak w transie. Nie widziałam ze obserwują mnie koledzy Przyjaciela. Zapewne zorientowali się ze cos jest nie tak. Juz zdążyli mnie trochę poznać. Stałam tak przy ulicy i zauważyłam nadjeżdżające auto. Było juz, tuż przede mną, juz wystawiałam nogę na ulice, i nagle czuje ze ktoś ciągnie mnie za rękę. Koledzy chwycili mnie w ostatnim momencie i położyli na trawniku. Trzymali mocno, bo się wyrywałam. Jakieś 5 min później spytali:
-Możemy cię już puścić? Nie będziesz juz szaleć?
-Tak. Jest Okay –
Odpowiedziałam. No i puścili, a ja pierwsze co, znowu wybiegłam na ulice. Nawet nie zauważyłam, kiedy zjawiła się matka kumpla. Nastrzelała mi po pysku, złapała pod ramie i zaprowadziła do siebie do domu. To niestety nie był jeszcze koniec. Posadziła mnie na kanapie i zaczęła robić zimne okłady. lecz to nic nie dało. Kolega wziął pełne wiadro i chlusnął na mnie. Wtedy wzięłam głęboki wdech i wpadłam w szal, chciałam znowu zaczęłam się wyrywać. Przez jakieś 20 min uderzałam głową o klatkę piersiowa mojego chłopaka który mnie trzymał. Zadzwonili na policje. Troszkę śmieszne, bo po jakiejś godzinie pod domem były 2 radiowozy policyjne i karetka. Tylko do mnie. W sumie dlatego ze, żaden z nich nie miał kaftanu bezpieczeństwa. Zapakowali mnie w ten kaftan, i tak wyprowadzili do karetki. Gdybyście widzieli ile ludzi siedziało w oknach i wyszło przed domy. Normalnie to była chyba atrakcja wieczoru. Zawieźli mnie na izbę wytrzeźwień. Na domiar wszystkiego po kilku godzinach odebrał mnie mój stary najebany, samochodem, z moim wujkiem, tez najebanym, drugim samochodem. Odwieźli mnie do babci i nigdy więcej nikt nie poruszał tego tematu. Babcia do dziś. nie wie co wtedy się wydarzyło.
Z nudów i chęci zwrócenia na siebie uwagi, specjalnie wywoływałam u siebie ataki hiperwentylacji, przez co paraliżowało mi cale ciało. Tylko po to, żeby babcia wezwała do mnie pogotowie. Dostawałam wtedy zastrzyk na uspokojenie, a 20 min później, jakby nigdy nic, wychodziłam na dwór, do znajomych.
Kolejna próba samobójcza. Zawsze nosiłam przy sobie tabletki, w torebce, na wszelki wypadek, gdyby odechciało mi się żyć. Tak więc postanowiliśmy z moim chłopakiem że zrobimy to razem. Super przygotowanie, radyjko, muzyka, żeby się nie nudzić dopóki leki nie zaczną działać. Usiedliśmy się w lesie i zaczęliśmy łykać tabletki jedna po drugiej (to były na pewno leki psychotropowe, tylko takie miałam). Kiedy się skończyły i zaczęło nam się nudzić, Wpadłam na pomysł żebyśmy poszli na cmentarz do mojego brata, i tam zaśniemy. Gdy byliśmy na cmentarzu juz chyba lekko otumanieni, nie mogłam znaleźć grobu. Na szczęście, u nas obok cmentarza był i jest nadal stadion żużlowy, następny poroniony pomysł. Usiedliśmy się tam na ławkach, a ja co chwila pytałam go czy żyje.
-Żyjesz?
tak- odpowiedział
żyjesz?-joo
Żyjesz?-yhy
Kilka minut później już nie usłyszałam odpowiedzi. Bardzo ciężko było mi wstać, jakbym była z betonu, ale Jakimś cudem dociągnęłam się do budki telefonicznej, była jakieś 100 m od nas. Zadzwoniłam na pogotowie i powiedziałam ze jesteśmy na stadionie, i ze mój chłopak się otruł. W głowie miałam jednak nadzieje, że zauważą, ze ja też brałam i mnie uratują. Czas do przyjazdu dłużył się niemiłosiernie. W końcu Przyjechali!
-Gdzie on jest ?-pytają
tam- wskazałam palcem
-A ty co tu robisz?-zapytali
-nic. siedzę sobie-niemialam już siły mówić
-Ona też brała!, zabieramy ją- powiedział pielęgniarz
I znowu mi się udało.
Więcej z tego dnia niestety nie pamiętam. Trochę później, znowu Wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym, tym razem dla dorosłych, z powodu Kolejnej próby samobójczej. Długo byłam najmłodsza pacjentka. Tam też, żeby zwrócić na siebie uwagę, podcięłam sobie żyły na lewym nadgarstku. Tym razem kosztowało mnie to 7 szwów. Spędziłam tam jakieś 2 miesiące, z czego polowe czasu w ciężkiej depresji. Pierwszy miesiąc przeleżałam w łóżku. Z nikim nie rozmawiałam i ani razu się nie uśmiechnęłam. Tylko spalam i od czasu do czasu cos zjadłam. Podawali mi tony leków. Lecz pewnego dnia jednak obudziłam się i odezwałam. Leki zaczęły działać, w dawce 6 rano, 5 w południe i 14 tabletek na noc. Tydzień później, Stanęłam na krześle i powiedziałam:
– „Ogłaszam wszem i wobec ze od dziś jestem zdrowa”. Tak mi się przynajmniej wydawało. Trzy tygodnie później wypuszczono mnie. (oczywiście byłam zdrowa, ale tylko chwilowo). Nigdy nie byłam zwolenniczka brania leków. Teraz wiem ze to był błąd.

18 rok życia.

Szpital psychiatryczny Świecie. Tego dnia bardzo się nakręciłam, Wspomnienia uderzały we mnie z dziesięć razy większa siłą niż zwykle. Pacjentki zebrały się wokół mnie i namawiały, żebym poszła po zastrzyk na uspokojenie. W końcu poszłam, byłam cała roztrzęsiona. Pielęgniarka rozmawiała przez telefon. Starałam się przekazać jej, że bardzo źle się czuję. Odpowiedziała, że za chwilę się mną zajmie. Minęło jakieś 15 min. Wybuchłam. Wzięłam rozbieg i wybiłam głową szybę od drzwi wyjściowych. Zastrzyk znalazł się w ciągu 15 sekund. Przypięto mnie pasami do łóżka. Błagałam pielęgniarkę żeby dała zapalić mi papierosa, zanim zasnę, i tak ledwo już patrzyłam na oczy. Pacjentki pomogły mi wsadzić papierosa do ust i odpalić. Nawet nie dopaliłam do końca. Zastrzyk był tak silny, że spalam cala noc, cały dzień, cały noc, i dopiero obudziłam się na wieczór. Pielęgniarka z tego dyżury szczerze mnie znienawidziła. Mogła stracić przeze mnie prace.

19 rok życia.

Mając 19 lat i leżąc w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu na byłym oddziale X, napisałam wiersz, wbrew pozorom pozytywny:
„Ratunek”
Proszę o pasek wieszać się chcę,
Bo moje życie przypomina odpadającą rdzę.
Boje się życia i umrzeć chcę,
Nie mów nic do mnie, bo boję się.
Podetnę sobie żyły i rozpłynę się.
Biorę pasek do rąk, trzęsę się,
Wkładam na szyje… zaciskam… i już nie boję się.
Lecz jest we mnie cząstka, która do życia się rwie,
Wtedy zawsze znajdzie się ktoś, kto uratuje mnie!
To przyszło mi do głowy po kilkunastu próbach samobójczych, które przeżyłam… Dzięki innym lub sobie…
I jeszcze jeden. Ten Ordynatorka powiesiła sobie na ścianie, w gabinecie, Nie wiem, czy po to żeby sprawić mi przyjemność, czy naprawdę jej się spodobał. Możecie sami ocenić.
„Placebo”
Siedzę na stacji PKP.
Czekam na pociąg, lecz to nie mój nie ten.
I właśnie nadjeżdża ten mój, właściwy,
Wsiadam w niego, wchodzę w niego,
ale okazuje się, że to było tylko Placebo.

20 rok życia

Szpital psychiatryczny Świecie. Trafiłam tam jak zwykle.Przeważnie Nawąchałam się rozpuszczalnika i szlam na izbę przyjęć lub wywoływałam u siebie myśli samobójcze i szal, wtedy przyjeżdżała do po mnie karetka. Ale będąc tam chciałam wyjść, lecz to było trochę trudniejsze niż wejść. Miałam tam już wiele znajomych. Przeważnie stale bywalczynie, w połowie chodziło im tylko o to, żeby utrzymać swoja rentę. Najgorzej było trafić jak nie znajdował się tam nikt mało wiele normalny do rozmowy. Wtedy była totalna nuda. Była tam też dziewczyna, która nie chodziła, podobno tylko dlatego ze miała blokadę psychiczną. (siedziała już od kilku lat na wózku) Mój mozg jako ze mam borderline i kilka innych, czasem przejmował część osobowości innych na jakiś czas. Normalnie było to nie groźne i w niskim nasileniu. Lecz wtedy przyszedł moment ze strasznie zaczęły bolec mnie nogi. Tak mocno ze nie mogłam na nich stanąć. Od tego momentu ja także przestałam chodzić. Normalnie coś mi się tak w mózgu zablokowało i koniec. Poruszałam się na pośladkach przez miesiąc. W końcu lekarka ulitowała się nade mną i dała mi balkonik. Po miesiącu zanikło mi dość dużo z mięśni i ciężko byłoby mi stanąć, nie mówiąc o nauce chodzenia. Lecz ja dalej uparcie twierdziłam ze nie mogę i wykorzystywałam go do poruszania się, siadałam po prostu i odpychałam się. Siedząc na nim często przewracałam się uderzając mocno głową o ziemie tylko po to by zwrócić na siebie uwagę.
To było dość bolesne. Po tym pobycie zamieszkałam już tylko z mama.
Pewnego dnia Poszłam z kolega na wysokie i strome górki z piasku. Jedna miała jakieś 15 metrów wysokości. A ja, jak to ja, Powiedziałam że chcę z niej skoczyć, w końcu to tylko piasek i była tak stroma ze myślałam ze pojadę niżej, jak skoczę na nogi. Niestety zapomniałam ze poprzedniego dnia padał deszcz. Skoczyłam. Tak jak skoczyłam na proste nogi, nogi wbiły mi się dupę a dupa w kręgosłup. Przez pierwsze 2 min nie mogłam oddychać. Mój kolega skoczył za mną, na szczęście jemu nic się nie stało. Z bólu dostałam napadu śmiechu.(Podejrzewam ze to był szok) Ja się śmiałam a on płakał. Widział ze coś jest nie tak. Nie mogłam wstać. Mój wyczyn widział facet który pilnował czegoś naprzeciwko. Wyszedł ze swojej kanciapy i spytał czy wszystko w porządku, odpowiedziałam ze tak. Zagroził ze jeśli mu nie udowodnię ze wszystko ok to zadzwoni po pogotowie. Kazał mi podnieść ręce i nogi po kolei. Jakoś się udało. Powtórzył swój test po następnej godzinie mojego leżenia na skarpie. W końcu wstałam. Doczłapaliśmy się do pętli tramwajowej i pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu okazało się ze miałam złamane 2 zebra i krąg w kręgosłupie. Już nie pozwolili mi wstać. Potem żartowałam ze poszłam po tym skoku do szpitala tylko dla tego ze do domu miałam pod górkę a do szpitala z górki..
3 miesiące po złamaniu kręgu w kręgosłupie i dwóch żeber zaszłam w ciążę. Wtedy to przestałam brać amfetaminę, palić marihuanę i pic alkohol. Odsunęłam się od wszystkich znajomych prócz mojej przyjaciółki Ani. Jest ode mnie starsza o 10 lat i ma 3 synów. Okres ciąży był także burzliwy dla mnie ponieważ Tata mojego dziecka nie zrezygnował z używek. Co prawda nigdy mnie nie uderzył-prędzej ja jego, Ale nie mogłam znieść ze on się nie zmienił. Uwielbiałam ruchy mojego dziecka w brzuchu. Raz jadąc tramwajem i czując ruchy naszła mnie myśl, ze to będzie pierwsza osoba w moim życiu, która będzie mnie bezgranicznie kochać, bez względu na to, co zrobię lub zrobiłam. Ta myśl potem towarzyszyła mi do końca ciąży. Przecudowne uczucie. Poród minął bez szwanku, bóle miałam od rana, ale urodziłam w jakieś 15 min o 20.05. Mój Syn ważył 2950 i miał 52 centymetry. Strasznie bolało, ale warto było!!! Chyba każda normalna matka tez jest tego zdania.

22 rok życia

Miałam już synka, piękne lato, Ojciec mojego dziecka nie przynosił pieniędzy z pracy i popijał na co dzień. Nagle okazało się ze nie mam, po co włączać lodówki, bo nic w niej nie było. Zabrakło nawet na mleko dla dziecka. Przyszedł mi pomysł do głowy. Mój Ojciec miał powiązania z dziewczynami z domów publicznych. Zapytałam go czy może mi załatwić robotę. (W tym momencie myślałam lub nie myślałam że był jedyna osoba która może uratować nasze życie). Załatwił mi w Bydgoszczy prace na mieszkaniu. Strasznie się bałam. Nie wiedziałam co mnie czeka. W końcu przyszedł klient i wybrał mnie. Cala się trzęsłam. Nie zbyt wiedziałam jak się zachować. Ale on wiedział… Zostałam tam 3 dni zarobiłam jakieś ponad 500 zł. Starałam się nie myśleć o tym, co było w robocie. W dniu wyjazdu znowu byłam szczęśliwa ze mogłam nakupować nam jedzenia i innych rzeczy które były potrzebne. Potem okazało się tez ze mój Ojciec chciał 500 zł od tej szefowej za to ze mnie jej załatwił(na szczęście nie dała mu). Zwyczajnie mnie sprzedał, można powiedzieć.
Dzięki zarobkowi jako kobieta do towarzystwa, szybko stałam się niezależna od ojca mojego syna. Poznawałam nowe Zycie. W dostatku i spokoju że nie muszę się martwic co przyniesie jutro. (Oczywiście spokój był zewnętrzny, W środku krzyczałam i zastanawiałam się co dalej, czy tak ma wyglądać nasze Zycie?) Pieniądze które otrzymywałam były jednak silniejsze. Nie zamierzałam poprzestać na kilku tygodniach takiej pracy.
W grudniu wyjechałam do Niemiec. Zostawiłam synka u mojej zaufanej opiekunki. Było mi bardzo trudno rozstać się. Miałam tez przyjaciółkę Asię, która pojechała razem ze mną. Dostałyśmy „Prace” w Klubie Nocnym. Szef był bardzo w porządku, dbał o dziewczyny i nigdy by mu przez myśl nie przeszło żeby cos z któraś próbować. Miał żonę i dorosłego syna. W klubie cały czas panował półmrok, po to, aby stworzyć nastrój, lub ukryć nasze niedoskonałości. Co wywoływało u mnie czasem lekka depresje. Z początku było ciężko, chociażby ze względu na język którego nie umiałam. 2 miesiące później zjechałam do domu na 2 tygodnie. Było cudownie. Opiekunce płaciłam jakieś 500 euro. Mogłam sobie z synkiem na wszystko pozwolić. Zaczęłam tez na mężczyzn patrzeć bardziej z góry. I Po trochu ich nienawidzić, a zarazem czekałam na księcia z bajki który wyrwie mnie ze tego bagna.
Pracowałam w tym klubie około rok. Niestety ruch był coraz mniejszy. Postanowiłam wyjechać do innego miasta, lecz już nie do agencji a do „PUFU” (Puf to jest taki wielki dom publiczny, w którym może znajdować się nawet ponad 1000 „Kobiet”. Przeważnie te domy stoją jeden obok siebie co tworzy ulice Burdeli). Czynsz dzienny wynosił tam minimum 100 euro. Reszta co zarobiłaś była dla ciebie.

23 rok życia

Tak więc przeniosłam się do Pufu. Nie mogłam myśleć o synu, bo dostawałam depresji, wiec starałam się wyłączyć i nie myśleć o normalnym świecie. Zarabiałam bardzo dużo, bo od 200 do 1000 euro dziennie. Niestety po dziś dzień zastanawiam się, na co wydawałam te pieniądze. Jak przychodziło co do czego, to nie miałam kasy. Po kilku miesiącach wrodziłam do domu. Miałam przy sobie 2 tys. euro. Spędzałam milo czas z dzieckiem. Lecz wiedziałam ze muszę wrócić, inaczej nie będzie, z czego żyć. Wtedy już jakoś nie przyjmowałam do wiadomości, ze mogłabym robić coś innego. Wróciłam do Niemiec z zamiarem wynajęcia mieszkania i nazbierania pieniążków na kilka miesięcy spokojnego życia z synem. W tym mieście jakieś dwa kilometry od Pufu później tez wynajęłam dwupokojowe mieszkanie,52 metry kwadratowe, na trzecim pietrze. Wyposażyłam i umeblowałam. Pierwsze co kupiłam to było duże łóżko, telewizor i kino domowe. A potem AGD. Nareszcie nadszedł dzień, w którym mogłam pojechać po syna. Byłam w przeszczęśliwa. Wreszcie razem. Opiekunka płakała, kiedy się rozstawali. Nasz wspólny czas z Synkiem był dla mnie jak magiczne lekarstwo. Musiałam robić sobie kilkumiesięczne przerwy od tej, tak zwanej pracy, bo strasznie siadała mi na głowę. Ten ciągły uśmiech przyklejony do twarzy. Te wszystkie kłamstwa. Nic nie było tam prawdziwe. Extra światło czerwone i ultrafioletowe żeby ukryć nasza brzydotę. I ci wszyscy mężczyźni. Polowa z nich lub większość zdradzających swoje zony. Miałam raz takie zdarzenie że przyszedł do mnie klient i powiedział do mnie: Musimy robić szybko, i ciągle mnie pospieszał, w końcu zapytałam dlaczego, to odpowiedział ze jego zona leży na porodówce. Brak mi slow.
Kiedy robiłam sobie kilkutygodniowe lub kilkumiesięczne urlopy było superowo. Chodziłam z synkiem na place zabaw, na lody, na pizze, kupowałam mu fajne zabawki, w ogóle było cudownie. Starałam się nie myśleć ze muszę tam wrócić. Czułam coraz większą odrazę do tej roboty i do siebie. Nadal czekałam na księcia… (z moim połamanym kręgosłupem i wykształceniem podstawowym praca fizyczna odpadała, bo nie mogę nawet ustać 20 min w jednym miejscu, A w tej pracy było bardziej na leżąco). Także nie widziałam innego wyjścia jak tam wrócić…
W styczniu 2007 roku poznałam przyszłego ojca mojego drugiego syna. Kiedy byłam w 3 miesiącu ciąży zjechałam do polski z synem i ojcem mojego nienarodzonego dziecka. Wynajęliśmy mieszkanie i postanowiliśmy ze on wróci do Niemiec do pracy. Wszystko wydawało się wyglądać dobrze. Często pisałam do mojego faceta SMS. Z krótkim czasem zaczynało go to denerwować, a i ja zaczęłam podejrzewać ze coś jest nie tak. I jak się okazało kilka dni później zadzwonił i powiedział ze albo się przeniosę do jego miasta gdzie mieszkają jego rodzice, albo mnie zostawi. Ja oczywiście odruchowo powiedziałam ze nie ma mowy i żeby spadał. Załamałam się. Parę godzin później Przemyślałam co mi powiedział i wpadła mi myśl do głowy że zamieszkam tam jakieś 2 lata żeby odchować syna z najgorszego wieku, a potem go zostawię. Wiec zadzwoniłam do niego i powiedziałam mu że zgadzam się na jego propozycje. Niestety odmówił. Poczułam się jak najsamotniejszy człowiek świata. Miałam mieszkanie za które nie mogłam zapłacić, nie mogłam iść do pracy, bo byłam już w 6 miesiącu ciąży. Musiałam jak najszybciej oddać mieszkanie żeby choć trochę pieniędzy mi zostało z kaucji i przenieść się do babci. Rozmawiałam z mama Powiedziała że jak zjedzie do polski za miesiąc to mnie ze sobą weźmie do Włoch. Już od wielu lat tam mieszkała. I tak tez zrobiłyśmy. Musiałam jechać w 7 miesiącu ciąży 26 godzin autokarem. Ale cieszyłam się ze będziemy mieli gzie mieszkać i co jeść. Bo babcia nie mogla nas utrzymywać. We Włoszech mama miała koleżankę która bardzo nam pomogła. Zbierała datki lub ubrania od bogatszych ludzi u których pracowała, po to żebyśmy mogli związać jakoś koniec z końcem. Dostawałam coraz większą depresję, nie wiedziałam jak sobie poradzę sama z 2 dzieci. Czułam jakby świat dla mnie się skończył. Syn urodził się w Grudniu 2007 przez cesarskie cięcie, bo przestawało mu bić serduszko. Na szczęścia wszystko skończyło się dla nas dobrze.Było mi bardzo ciężko psychicznie, dostałam nawet propozycje żeby oddać dziecko na 2 lata aż ja się czegoś Dorobie. Nie potrafiłam. złapała depresja poporodowa. Nie czułam miłości do mojego własnego syna… Robiłam wszystko automatycznie. Nie zaniedbywałam go przez to, po prostu nic do niego nie czułam ani miłości, ani nienawiści, nic. Nie raz sobie wyobrażałam ze umarł przez śmierć łóżeczkowa. Ze byłoby mi, nam, lżej. 2 miesiące później zadzwoniłam do mojego byłego szefa z pierwszego nocnego klubu w Niemczech i poprosiłam o pomoc. Jest dobrym człowiekiem. Pożyczył mi 2 tysiące euro i wywiózł do polski żebym mogła znaleźć sobie mieszkanie. Wynająć opiekunkę i przyjechać do pracy. Kiedy mały miał 3 miesiące pojechałam. Pracowałam u niego na mieszkaniu. Duże 3 pokojowe. Byłam 2 miesiące. Zjechałam nareszcie do polski, do dzieci. Strasznie się cieszyłam. A wiecie co było najpiękniejsze, kiedy młodszy miał nieco ponad 5 miesięcy pierwszy raz poczułam do niego nieograniczona miłość. Cudowne uczucie. Ogarnął mnie wszechobecny spokój ciągły uśmiech. Byłam pewna że kocham obu bez wyjątku i jakiejkolwiek różnicy.

Wiecie co jest jeszcze gorsze?

Że nie jestem jedyna, to mógł przeżyć każdy, nielubiana/y koleżanka/ga z klasy,
sąsiadka z dołu, czy patrząca morderczym wzrokiem sprzedawczyni w sklepie na rogu.

Pozdrawiam Was Serdecznie i Życzę Spokojnego Życia…

0Shares
Back To Top
0Shares
%d bloggers like this: